Alkohol? Jednak dziękuję.

Z alkoholem pożegałem się na początku tego roku. Pisałem o tym już w maju. Dziś chciałbym wrócić do tego tematu, gdyż niedawno podjąłem próbę ponownego polubienia się z alkoholem, która jednak się nie powiodła. Brakowało mi tej przyjemności, którą pamiętałem z czasów “picia”. Brakowało mi smaku wina. Uznałem, że prawie 8 miesięcy wystarczy i podjąłem decyzję, że czas stu procentowej abstynencji uważam za zakończony.

Wytrzymałem dwa tygodnie. W trakcie których wypiłem w sumie może ze 3 butelki wina i dwa piwa. I z zaskoczeniem stwierdzam, że kompletnie mnie to nie kręci. Spotkania ze znajomymi wcale nie były lepsze. Poranek po wypiciu wieczorem dwóch piw był jakiś taki bardziej ospały. Zero korzyści. Zero radości.

Wychodzi na to, że radość którą kiedyś czerpałem z picia alkoholu wynikała raczej z przyzwyczajenia i braku alternatywy. Na dodatek, co wiem z doświadczenia ostatnich miesięcy (i chyba warto zaznaczyć, że nie 2–3 ale prawie 8 miesięcy!) po krótkim okresie “adaptacji” okazuje się, że życiu bez alkoholu niczego nie brakuje. Serio. Można chodzić na randki, imprezy, balować do rana. To prawda, że alkohol pomaga się wyluzować. Ale robi też wiele innych rzeczy, które w relacjach towarzystkich nie są już takie korzystne. Na przykład psuje kondycję. A skoro o randkach już mowa, to chyba lepiej mieć dobrą kondycję do rana niż być wyluzowanym na początku 😉

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej oczywiste mi się to wszystko wydaje. Jak wiadomo życie jest piękne, ale też krótkie. Po co zagłuszać intensywność doznań alkoholem? Po co uciekać od rzeczywistości, która i tak zaraz zniknie? Dotychczas, kiedy ktoś pytał mnie “Dlaczego nie pijesz?” starałem się tłumaczyć, że to taka próba charakteru, że lubie takie wyzwania, że to dla zdrowia… Teraz mam dużo prostszą odpowiedź, która brzmi “Bo nie mam powodu. Lepiej powiedz mi, dlaczego ty pijesz?”

…bo powodów żeby nie pić jest przecież mnóstwo:

Cutting-Out-the-Booze